Stanisław Stadnicki „Diabeł”

                                                                            
                                                                                                                           Szreniawa


Ci, którzy weszli w drogę łańcuckiemu „Diabłowi” mogli spodziewać się rychłej śmierci „w domu, kościele, łaźni, chodząc, śpiąc, jedząc, pijąc”.

 Bieg życia Stanisława Stadnickiego przypomina raczej ponurą kronikę kryminalną, niż żywot szlachcica i obywatela. Przydomek „Diabeł”, który powstał jeszcze za życia był zaś chyba najwłaściwszy dla określenia człowieka, który pod względem pieniactwa, awanturnictwa i pospolitej zbrodni daleko zdystansował wszystkich sobie podobnych i współczesnych. 

  Stanisław urodził się około 1551 roku w Dubiecku jako jeden z siedmiu synów Stanisława Mateusza i Barbary Zborowskiej, siostry głośnego Samuela. Znany i osiadły od kilku pokoleń ród, w którym już kilku przedstawicieli piastowało urzędy ziemskie a nawet senatorskie jak i koligacja z potężną rodziną Zborowskich, stwarzały podstawy do mniemania, że najstarszy syn Stanisław w służbie publicznej lub wojskowej będzie mógł osiągnąć wiele.  Spośród braci jednak tylko Marcin osiągnął urząd kasztelana sanockiego. Pozostali nie odegrali żadnej znaczącej roli w życiu publicznym. Stanisław zaś swą działalnością zapisał pokaźne partie ksiąg sądowych województwa ruskiego i nie tylko. Już w latach 70-tych XVI wieku dał się poznać sąsiadom w ziemi przemyskiej jako najeźdźca i gwałtownik, dokonując najazdu zbrojnego na Przeworsk, gdzie rozbił więzienie w celu uwolnienia jednego ze swych hajduków. Następnie przez kilka lat zajmował się żołnierką. Był to zresztą jedyny jaśniejszy okres w życiu Stadnickiego, podczas którego dał się poznać jako znakomity żołnierz i dowódca. 

  W 1557 roku wziął udział jako rotmistrz 50-cio konnej chorągwi w wojnie Stefana Batorego ze zbuntowanym Gdańskiem. Następnie walczył w kolejnych kampaniach wojennych przeciwko Moskwie, aż do rozejmu zawartego w 1582 roku. Wszystkie diariusze wojen Batorego, zgodnie odnotowały niezwykłą odwagę Stadnickiego. Zdradzał też podczas walk duże talenty dowódcze. Szkoda zatem, że nie poświęcił się służbie wojskowej, zaś swe niewątpliwe talenty wykorzystał później jako gorliwy zwolennik arcyksięcia Maksymiliana Habsburga w czasie trzeciego bezkrólewia, zaś w latach następnych łupiąc sąsiadów i prowadząc prywatne wojny.

 Służba wojskowa dla Rzeczypospolitej wyraźnie nie przypadła do gustu Stadnickiemu. Nagroda za walki w kampaniach moskiewskich – 1000 złotych jurgieltu rozdrażniła go tylko. Liczył na coś znacznie większego, zapewne bogate starostwo. Inna rzecz, że w istocie zasługi wojenne Stanisława Stadnickiego stwarzały podstawę do rozpoczęcia przez niego kariery urzędniczej. Nie zrobił jej za Batorego. Czy zadecydowały tu ujawnione już wcześniej cechy jego charakteru; skłonność do pieniactwa i awanturnictwa? Czy też fakt, że był powinowatym Zborowskich, wszak jego wujem był Samuel. Wydaje się, że zdecydowały oba te czynniki. Zborowscy byli potężnym małopolskim rodem, który w elekcji Batorego odegrał najznaczniejszą rolę. Król nie oparł się jednak na ambitnej rodzinie stawiając na Jana Zamoyskiego, z czasem kanclerza i hetmana wielkiego koronnego. W polityce bowiem także staropolskiej, rzadko kierowano się sentymentami czy wdzięcznością. Batoremu o wiele łatwiej było tworzyć dla swej polityki wewnętrznej i zagranicznej nowe stronnictwo niż wzmacniać potęgę zasłużonego rodu, który w życiu politycznym kraju chciał odegrać rolę pierwszoplanową. Zborowscy nie doczekali się spodziewanej nagrody i już w roku 1578 przechodzą do opozycji. Uprawiają ją dosyć skutecznie, paraliżując politykę wewnętrzną a nawet zagraniczną króla. W końcu doszło do brutalnej rozprawy z możnym rodem. Samuel został aresztowany i ścięty przez Jana Zamoyskiego. Krzysztofa pozwano przed sąd sejmowy za zdradę stanu i planowany zamach na króla i kanclerza. Ścięcie Samuela było aktem bardzo kontrowersyjnym – podstawę surowego wyroku stanowiła banicja sprzed 10 lat i mało wiarygodne twierdzenie kanclerza, iż Zborowski nastawał na jego życie. Ale oskarżenia przeciwko Krzysztofowi były także „mocno naciągane”. W sumie chodziło jednak o zlikwidowanie opozycji. Zborowscy nie byli wprawdzie bez winy ale ciężar przedstawionych im zarzutów i sama rozprawa z rodziną stanowić miała przede wszystkim przestrogę dla innych oponentów polityki króla.

 Stanisław pozostał wierny związkom krwi z rodziną Zborowskich. Przed sejmem 1585 roku wraz z braćmi agitował na sejmikach, przedstawiając bezprawność działań Zamoyskiego i krzywdę krewniaków. Na sejmiku województwa ruskiego w Sądowej Wiszni postanowił uniemożliwić obrady szlachty, ponieważ wcześniejsze prognozy wskazywały, że zwyciężą tam wpływy króla i Zamoyskiego. Burda, którą wywołał Stanisław Stadnicki spowodowała, że sejmik nie odbył się. Pretekstem do awantury a następnie strzelaniny z rusznic było zajęcie przez „Diabła” gospody, wcześniej wynajętej przez stronnika kanclerza Jana Tomasza Drohojowskiego, starostę przemyskiego. Król przygotował nawet pozew dla Stadnickiego na sąd sejmowy – za burzenie porządku publicznego, ale ze względu na i tak napiętą sytuację polityczną nie zdecydował się go wysłać. Stadnickiemu jednak było mało, wkrótce bowiem przybił kartkę na wrotach dworu Drohojowskiego, oznajmując mu swą rychłą zemstę! Sejmik ruski powtórnie złożony przez króla, tym razem skłonił się raczej ku Zborowskim głównie jak się wydaje z tego powodu, że wielu stronników kanclerza nie przybyło nań powtórnie, obawiając się powtórzenia ekscesów przez Stadnickiego.

  Śmierć Batorego i nowe bezkrólewie otwierało Zborowskim drogę do zemsty, stanowiło szansę na zmianę układu sił politycznych w kraju. Stadnicki pozostawał ich gorliwym sojusznikiem. W roku 1587 na sejmiku województwa krakowskiego, aby sparaliżować tam wpływy Zamoyskiego, przygotował zamach na stronnika kanclerza Mikołaja Zebrzydowskiego, starostę krakowskiego. Doszło do strzelaniny w kościele, czyli w miejscu obrad sejmiku i tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności nikt nie ucierpiał. W czasie rozdwojonej elekcji, Stadnicki w gronie Zborowskich zdecydowanie poparł arcyksięcia Maksymiliana. W 1587 roku obsyłał szlachtę uniwersałami, nakazując jej przystępować do stronnictwa hamburskiego, grożąc, że w przeciwnym wypadku: „mścić się będę na dobrach i osobach waszych, ogniem i mieczem”. Wraz z braćmi w gronie innych polskich stronników arcyksięcia wspomagał go liczbą dwustu dwudziestu husarzy i czterystu piechurów. Brał udział w nieudanym oblężeniu Krakowa, następnie wraz z wojskami Maksymiliana wycofał się na Śląsk. Po klęsce pod Byczyną, jako jeden z nielicznych zbiegł z pola bitwy, unikając w ten sposób kilkumiesięcznego więzienia w Krasnym Stawie u kanclerza Jana Zamoyskiego.

  Stronników Maksymiliana potraktowano na ogół łagodnie. Sądy odprawiane w Krakowie już po koronacji Zygmunta III Wazy ograniczyły się do zbesztania winnych, a następnie okazania im aktu królewskiej łaski. Znaczniejszym maksymilianistom odebrano królewszczyzny. Poważniejszą sprawę natomiast stanowiły prywatne pozwy do sądów i trybunału od osób poszkodowanych w czasie działań wojennych. Stadnicki, choć nie tylko on jeden w trakcie toczonych działań wojennych najechał majętności: Potockich, Płazów, Padniewskich, Tęczyńskich i Ostrorogów. Wszystko to odbywało się wprawdzie pod pozorem aprowizacji oddziałów wojska, ale „Diabeł” poza tym łupił pieniądze i kosztowności, dokonując regularnych rabunków szlachty krakowskiej. Na Stadnickiego posypały się zatem pozwy do sądów, które groziły wyrokami wielokrotnej banicji. Nie czekając więc zbiegł za granicę. Był na Węgrzech, gdzie w szeregach armii cesarskiej walczył z oddziałami tureckimi. Gdy sprawy w kraju przycichły i zapomniano już nieco o jego ekscesach, powrócił do rodzinnego Łańcuta i włączył się w nurt życia politycznego.  

   Kilkakrotnie posłował na sejm z sejmiku województwa ruskiego. Był w pewien sposób popularny w szeregach szlachty. Na sejmikach i w izbie poselskiej szermował hasłami wolności szlacheckich i krytykował niepopularnego króla. Wydaje się, że przybrany przez niego kostium szlacheckiego trybuna miał zatuszować jego prawdziwy wizerunek gwałtownika, awanturnika i politycznego demagoga. W swym „politycznym” działaniu Stadnicki nie był zresztą zbyt konsekwentny. Za intratne dzierżawy gotów był służyć krytykowanemu przez siebie Zygmuntowi III. Za obietnicę protekcji w otrzymaniu urzędu i królewskiej dzierżawy w ziemi przemyskiej zbliżył się nawet do znienawidzonego kanclerza Jana Zamoyskiego.

  Mocnym politycznym akcentem zaznaczył następnie swoją obecność na zjazdach rokoszowych w czasie rokoszu Zebrzydowskiego (1606-08). Rokosz podniesiony przez liczne rzesze szlachty przeciwko polityce wewnętrznej i zagranicznej Zygmunta III, poza samą krytyką niósł także program politycznych reform, które uznać należy za konstruktywne i potrzebne. „Diabeł” odegrał jednak rolę demagoga i pieniacza. Jego wystąpienia w czasie obrad szlachty pełne są jedynie frazesów, wolnościowych haseł i połajanek króla. Na zjazd rokoszowy pod Lublin przybył z 700-osobowym oddziałem piechoty, 150-cio konną chorągwią kozacką i 100 konną chorągwią husarską. Jego wystąpienie nie tylko przeraziło ale i obraziło zgromadzoną szlachtę. Zygmunta III określił mianem sodomczyka i krzywoprzysięzcy; kończąc: „Niechaj kto chce co czyni, ja się za tym opowiadam, że jako króla Zygmunta za pana nie mam i posłuszeństwo mu wypowiadam…”. Sposób i forma wystąpienia „Diabła” uraziły szlachtę na tyle, że musiał tłumaczyć i łagodzić wcześniejszy ton wypowiedzi. Jego dalszy udział w rokoszu nie podobał się nawet radykalnym działaczom szlacheckim. Szlachta ruska chciała nawet roznieść na szablach najemników węgierskich, zaciągniętych przez Stadnickiego w Siedmiogrodzie. Mimo że przeciw królowi krzyczał i gardłował najgłośniej i najbardziej zjadliwie, w momencie decydującym wycofał się z szeregów rokoszan. Przed bratobójczą bitwą pod Guzowem zwinął swoje chorągwie i zjechał do Łańcuta. Jak się wydaje, zdawał sobie sprawę, że rozstrzygnięcie na polu bitwy przyniesie sukces obozowi królewskiemu. Tak w czasie trwania rokoszu jak i jeszcze po jego zakończeniu, utrzymywał tajne kontakty z Siedmiogrodem; najpierw ze Stefanem Bocskayem, a następnie z Gabrielem Batorym. Pomawiano go o chęć wprowadzenia na tron Rzeczypospolitej po detronizacji Zygmunta III Wazy, księcia siedmiogrodzkiego Gabriela Batorego. Nie wydaje się to jednak prawdopodobne. Owszem kilku przywódców rokoszu, wśród nich także Stadnicki, utrzymywało związki z Siedmiogrodem, ale tak naprawdę chodziło chyba o ewentualną pomoc militarną na wypadek gdyby Zygmunt zechciał prosić cesarza o interwencję przeciwko wojskom rokoszowym. W przypadku „Diabła” kontakty te ograniczyły się prawdopodobnie tylko do zaciągu najemnych oddziałów węgierskich. O jego działaniach, dzięki hetmanowi polnemu  Stanisławowi Żółkiewskiemu, doskonale wiedział król. Stadnicki niewiele jednak robił sobie z tego. Porzucając szeregi rokoszan, mimo że wielokrotnie obraził króla zaś jego węgierskie kontakty groziły sądem o zdradę stanu, nie usunął się w cień. Wręcz przeciwnie, rozpoczął wówczas prywatną wojnę z Łukaszem Opalińskim na skalę dotychczas niespotykaną. 

  Prawo nie było silną stroną ustroju społecznego i politycznego Rzeczypospolitej. Spory o dobra często przeradzały się w bezprawie. Egzekucja wyroków sądowych choćby najbardziej słusznych była bowiem trudna. Miejscowy starosta wobec potęgi magnata był często bezradny. Czasem decydowała siła nie licząca się z prawem. Spory prawne o dobra, które kończyły się niejednokrotnie krwawym epizodem toczyło wówczas wiele możnych rodów. Zamoyski i Tarnowski prowadzili je z książętami Ostrogskimi i Jazłowieckim. Jazłowieccy z Potockimi. Marek Sobieski z Aleksandrem Zborowskim zaś Ostrogscy przez wiele lat prawowali się ze Zbaraskimi i Wiśniowieckimi. Stadnicki nie był zatem wyjątkiem. Inna rzecz, że w odróżnieniu od większości kpił sobie z prawa, wszystkie niemal spory załatwiał na swój sposób. Trudno wyliczyć wszystkie prawne i zbrojne zatargi „Diabła”. Do najgłośniejszych należała sprawa z Ligęzą, Korniaktami a następnie wspomniana już wojna z Opalińskim. O innych świadczą akta sądowe oraz królewskie zakłady zwane także vadiami. Stosowaną praktyką było bowiem wyznaczanie przez króla wysokich sum pieniędzy, które zobowiązana była zapłacić ta strona w procesie, która naruszyła spokój publiczny i zdecydowała się na rozwiązania siłowe. W przypadku Stadnickiego sumy te sięgały niekiedy sto a nawet dwieście tysięcy złotych. Nie powstrzymało to jednak „Diabła” od podjęcia gwałtownych kroków przeciwko bliższym i dalszym sąsiadom, wobec których miał rzeczywiste lub urojone pretensje majątkowe. Zawsze występował jako strona skrzywdzona i prześladowana. Swym rzekomym prześladowcom często przesyłał „odpowiedzi”, czyli listy grożące rychłą zemstą. Przestrzegał wówczas aby strona, która ośmieliła się wstępować z nim w „Prawne szranki” miała się na baczności: „chodząc, śpiąc, jedząc, pijąc, w domu, w drodze, w kościele, w łaźni, bo się tej krzywdy na tobie mścić będę i da Pan Bóg na gardle twem usiędę” – pisał. Śmiercią groził nawet sąsiadom, którzy chcieliby nieżyczliwie rozpatrywać jego sprawy! 

  W prowadzonych przez siebie procesach na instytucje prawne nie zdawał się jednak prawie nigdy, rozstrzygając spór przy pomocy zbrojnych zaciągów od których roił się Łańcut.

  W „procesie sądowym” z Ligęzami o jarmark w Rzeszowie, prowadził formalną wojnę przez 5 lat. Podczas niej stoczył wiele utarczek i dwie regularne bitwy; jedną pod Łańcutem, drugą zaś na moście w Przemyślu. Przeciwnik był jednak równie silny i możny, i „Diabeł”, nie osiągając spodziewanego sukcesu wycofał się z przedsięwzięcia. Wkrótce rozpoczął proces z Korniaktami. Tu także nie wdawał się w subtelności prawa i zebrawszy 1500 pieszych i konnych uderzył na siedzibę przeciwnika. Złupił wszystko co znajdowało się w domu, zaś gospodarza uwięził, domagając się za cenę jego wolności przyznania mu słuszności w sporze oraz wysokiego okupu!

  Następnie rozpoczął, trwającą 3 lata wojnę z synem marszałka wielkiego koronnego Łukaszem  Opalińskim. Spór ten śledziła bez przesady cała Rzeczpospolita.  

 Król kilka razy nakazywał przez uniwersały zaniechania przez Stadnickiego bezprawnych działań, rozpuszczenia wojska i pojednania się z Opalińskim.

  Przedmiotem zatargu były pewne grunty starostwa leżajskiego będącego w posiadaniu Opalińskiego. W sumie – rzecz niewarta 3-letnich zaciągów wojennych i bitew. Opaliński przez pewien czas dążył nawet do zgody i kompromisu. Dla Stadnickiego ważna była przede wszystkim „sprawiedliwość” i pomszczenie się za domniemane krzywdy.

  Doszło więc do zbrojnych starć, które dla Stadnickiego toczyły się ze zmiennym szczęściem, bowiem przeciwnik był możnym i potężnym magnatem. „Diabeł” posiłkując się zbrojnymi najemnikami z Siedmiogrodu rozpoczął regularne walki, najeżdżając i łupiąc wsie i folwarki Opalińskiego. Starosta leżajski musiał w końcu uciec się do stosowania metod swego przeciwnika. Rozgorzały walki, mnożyły się zasadzki, wzajemne rabunki. W jednej z bitew „Diabeł” poniósł sromotną klęskę. Łańcut został zdobyty i całkowicie splądrowany przez Opalińskiego. Do rabunku rzucili się nawet poddani chłopi Stadnickiego, biorąc odwet za jego bezwzględne rządy. Siedziba „Diabła” została spalona. Stadnicki przeczekał jednak ten krytyczny moment i wkrótce wrócił do Łańcuta, zbierając wojsko i przygotowując zemstę. Następnie najechał starostwo leżajskie, pozabijał wielu poddanych i ograbił wszystko co tylko się dało.

  Opaliński był już zdesperowany. Chcąc zakończyć bezsensowną wojnę wezwał przeciwnika na pojedynek. „Diabeł” jednak odmówił, zasłaniając się prawem.

  Starosta leżajski zaczął zatem sprzedawać i zastawiać resztki nie zniszczonych jeszcze majętności, przygotowując się do ostatecznej rozprawy. Żona Opalińskiego wyprzedawała nawet swą garderobę na zaciąg żołnierzy. Do pierwszego starcia doszło w Lublinie, podczas trwania sądów trybunalskich. Klęskę poniósł Stadnicki, ale rozstrzygnięcia jeszcze nie było. „Diabeł” obwarował się następnie w jednym ze swych dworów i rozpoczął starania o zaciągnięcie 1800 siedmiogrodzkich najemników. Posiłki się jednak spóźniły i Opaliński z przeważającymi siłami uderzył. Po zaciekłej walce dwór został zdobyty. Stadnicki broniąc się zginął. Innego finału być chyba nie mogło. Bliższa i dalsza okolica odetchnęła, choć nie na długo.

  Zginął bowiem „Diabeł”, ale pozostały „diablątka”. Domowa tradycja przetrwała. Dwaj synowie Stanisława – Zygmunt i Władysław walczyli o dobra nawet przeciwko swej matce. Idąc śladami swojego ojca zginęli później gwałtowną śmiercią. Jego jedyny wnuk, który zakończył łańcucką linię Stadnickich, za swe wyczyny położył zaś głowę pod katowski topór.


Starosta leżajski Łukasz Opaliński 



how to make your own site for free